Zakończyła się wizyta papieska w Stanach Zjednoczonych. Na bieżąco komentowała ją telewizja EWTN i co miłe, stałym uczestnikiem w studiu był x. Neuhaus, znany konwertyta i wydawca "First Things". W Polsce, katolickim kraju, można jedynie zatęsknić za kapłanem, który występowałby w mediach i zajmował jednocześnie tak pryncypialne stanowisko np. w sprawie liturgii. W odróżnieniu bowiem od księży polskich niektórzy księża amerykańscy przeczytali widać "Ducha liturgii" i ostatnią encyklikę "Spe salvi" Niestety,nawet telewizja Trwam i Radio Maryja dramatycznie zaniedbują ten obszar życia religijnego. A oto, jak rozpoczyna się komentarz x. Neuhausa, po Mszy w Bostonie będącej najgorszą wizytówką dla grup wiernych zaangażowanych w jej przygotowanie, z żałosnym śpiewającym unisono chórem, z amatorskim latynoskim zespolikiem przekrzykującym bębny i gitary, z wyśpiewującymi w tonacjach wschodnich Wietnamczykami, Tajami i innymi: "Czwartkowa Msza Święta zaznajomiła Ojca Świętego z estetycznym cierpieniem jakiego doznają wierni w Ameryce...W każdym razie można stwierdzić, że w sposób zupełnie zdumiewający, przebieg Mszy Św. ignorował, bądź podważał wszystko co Ojciec Św. dobitnie na ten temat pisał."
Z drugiej strony trochę denerwujący był ten amerykański egalitaryzm, niezauważany przez samego x. Neuhausa, gdy konsekwentnie nie przyklękano przed papieżem, a całowanie w pierścień mętnie tłumaczono jego szacownym pochodzeniem od Św. Piotra, jakby z obawy, że pochylenie się przed Następcą Apostołów zostanie uznane za kult osoby Józefa Ratzingera. Paradoksalnie w tym równym społeczeństwie niektórym osobom przyznaje się przymioty niemalże boskie, np. tenorowi Placydowi Domingo, który uratował pionowy porządek doczesny, gdy rymnął przed papieżem na kolana i pocałował go w pierścień wcześniej odśpiewawszy Panis Angelicus.
Martwiło też udzielanie, także przez papieża, Komunii Św.na rękę i na stojąco. Wyznaczony do pateny ksiądz stał długo bezczynnie, gdyż ledwie co dziesiąty przyjmował do ust. Już nie zgina się kolano na Imię Jezus, którego apoteoza tak majestatycznie zdobi strop kościoła Il Gesu w Rzymie.
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
wtorek, 8 kwietnia 2008
To nie jest film dla młodych, ani dla starych ludzi
No Old Men Country.
Po nagrodzie Nobla dla Szymborskiej szydził Michalkiewicz, że to już za takie pimpoletki dają Nobla. Po oskarze dla "Milczenia owiec" zdumiewał się człowiek temu zamiłowaniu do grozy i ohydy. Teraz kolejny "obraz" fetowany jako arcydzieło. "To nie jest kraj dla starych ludzi". (Siedem wyrazów tłumaczenia czterowyrazowego tytułu). Jako człowiek, któremu zdarzyło się widzieć śmierć powinienem lżej podejść do tej opowiastki, ale nie, bezsensowna groza, ohyda duszny pesymizm tego filmu nakazuje podjąć pytanie o kierunek sztuki, sztuki filmowej w szczególności, o cel, ku któremu zmierzają ludzie współcześni, o porządek świata.
Przedłużona, okrutna scena pierwszego zabójstwa wyzwala pytania jeszcze bardziej podstawowe. Czy dobrze jest, że staliśmy się ludźmi "widzącymi". Jeszcze kilkadziesiąt lat temu obejrzenie zabójstwa dane było nielicznym: żołnierzom, jakiejś ograniczonej liczbie świadków, uczestnikom tragedii. Były to często sytuacje, w których zmarły miał historię, a jego śmierć stanowiła pustkę dla bliskich. Zresztą podobnie było z aktem płciowym, kto poza nielicznymi podglądaczami, widział cudze zbliżenia. Teraz można zobaczyć wszystko. Powątpiewam, że człowiek ma taką potrzebę. Sztuka filmowa ma zamiar coraz bardziej "pokazywać". Coraz mniej miejsca na wyobraźnię, coraz usilniejsze wrażenie wdrukowywania emocji, obrazu i pojmowania świata.
Jest zło, nie ma dobra. Taka jest treść przekazu.
Ale najsmutniejsza, najbardziej przygnębiająca, jest egzystencjalna, bełkotliwa ocena idących czasów dokonana przez zmęczonego życiem szeryfa. Reprezentując zagubionego człowieka zachodu przekonał mnie, jak niewiele współodczuwania łączy mnie z duszą przedstawiciela nowożytnej cywilizacji. Czuję się jakbym stał w jednym szeregu razem z Rzymianami, Grekami, pierwszymi Słowianami, społeczeństwem Średniowiecznym, polskimi powstańcami, szlachtą, chłopami, ofiarami ginącymi w obu wojnach światowych, Polakami gnębionymi przez komunizm, chrześcijanami z całego świata wobec ludzi już nie czujących, wszystkowiedzących, znudzonych, zobojętniałych. Których już nie sposób zrozumieć. Jakby z innej kultury. Wrażenie podobne do tego po filmie "Wiosna, lato, jesień, zima, wiosna"
Jeśli po tym filmie nie mamy pozostać obezwładnieni i gorsi, to musimy mocno przepracować to co nam przedstawiono.
Po nagrodzie Nobla dla Szymborskiej szydził Michalkiewicz, że to już za takie pimpoletki dają Nobla. Po oskarze dla "Milczenia owiec" zdumiewał się człowiek temu zamiłowaniu do grozy i ohydy. Teraz kolejny "obraz" fetowany jako arcydzieło. "To nie jest kraj dla starych ludzi". (Siedem wyrazów tłumaczenia czterowyrazowego tytułu). Jako człowiek, któremu zdarzyło się widzieć śmierć powinienem lżej podejść do tej opowiastki, ale nie, bezsensowna groza, ohyda duszny pesymizm tego filmu nakazuje podjąć pytanie o kierunek sztuki, sztuki filmowej w szczególności, o cel, ku któremu zmierzają ludzie współcześni, o porządek świata.
Przedłużona, okrutna scena pierwszego zabójstwa wyzwala pytania jeszcze bardziej podstawowe. Czy dobrze jest, że staliśmy się ludźmi "widzącymi". Jeszcze kilkadziesiąt lat temu obejrzenie zabójstwa dane było nielicznym: żołnierzom, jakiejś ograniczonej liczbie świadków, uczestnikom tragedii. Były to często sytuacje, w których zmarły miał historię, a jego śmierć stanowiła pustkę dla bliskich. Zresztą podobnie było z aktem płciowym, kto poza nielicznymi podglądaczami, widział cudze zbliżenia. Teraz można zobaczyć wszystko. Powątpiewam, że człowiek ma taką potrzebę. Sztuka filmowa ma zamiar coraz bardziej "pokazywać". Coraz mniej miejsca na wyobraźnię, coraz usilniejsze wrażenie wdrukowywania emocji, obrazu i pojmowania świata.
Jest zło, nie ma dobra. Taka jest treść przekazu.
Ale najsmutniejsza, najbardziej przygnębiająca, jest egzystencjalna, bełkotliwa ocena idących czasów dokonana przez zmęczonego życiem szeryfa. Reprezentując zagubionego człowieka zachodu przekonał mnie, jak niewiele współodczuwania łączy mnie z duszą przedstawiciela nowożytnej cywilizacji. Czuję się jakbym stał w jednym szeregu razem z Rzymianami, Grekami, pierwszymi Słowianami, społeczeństwem Średniowiecznym, polskimi powstańcami, szlachtą, chłopami, ofiarami ginącymi w obu wojnach światowych, Polakami gnębionymi przez komunizm, chrześcijanami z całego świata wobec ludzi już nie czujących, wszystkowiedzących, znudzonych, zobojętniałych. Których już nie sposób zrozumieć. Jakby z innej kultury. Wrażenie podobne do tego po filmie "Wiosna, lato, jesień, zima, wiosna"
Jeśli po tym filmie nie mamy pozostać obezwładnieni i gorsi, to musimy mocno przepracować to co nam przedstawiono.
wtorek, 1 kwietnia 2008
O służbie zdrowia
Wczoraj debata telewizyjna o pomysłach Platformy na służbę zdrowia.
Potwierdziły się moje dawne obserwacje, że problem jest bardzo hermetyczny i mało kto spoza branży widzi szeregi uwarunkowań. Przyszło trzech panów, którzy głosili anachroniczne poglądy o zbyt dużej liczbie szpitali w Polsce, za małych powiatach, złych menadżerach. Na moje pytanie na czym polegają nieszczelności polskiego systemu ochrony zdrowia i czy są one większe, czy mniejsze niż w innych krajach wzruszali ramionami. Jako przeciwnik Platformy życzę im, aby przejechali się na próbie reformy, jako człowiek siedzący w środku systemu, chcałbym aby go naprawiono wszystko jedno czyimi rękami. Mam jednak pewność, że wydarzenia zapowiadają ten pierwszy scenariusz.
Trzy idee Platformy to uszczelnić, zorganizować, dofinansować (kolejność nieprzypadkowa).
Co do uszczelnienia to diagnoza nieszczelności bazuje raczej na intuicjach polityków zdrowotnych a nie na wiarygodnych badaniach. Muszę z satysfakcją przyznać, że PiS zdefiniował szereg potencjalnych nieszczelności i wcale dużo kontrakcji przeprowadził jak np. spektakularne (i niekiedy denerwujące) akcje antykorupcyjne, prawo farmaceutyczne porządkujące cały szereg zjawisk w gospodarce lekowej, regulacja lobbingu. Wprowadzanie spółek prawa handlowego do sektora ochrony zdrowia dopiero zaowocuje licznymi nieszczelnościami, jak wszystko co jest stykiem prywatnego z publicznym.
W sferze organizacji jako najbardziej uciążliwe można oceniać nasilające się zjawisko konfliktu pomiędzy dobrem pacjenta a dobrem firmy, gdy lekarz, czy pielęgniarka powstrzymują się prze drogą procedurą diagnostyczną lub terapeutyczną wystawiając na hazard dobro, którego powinni strzec. Wprowadzenie spółek, a zwłaszcza prywatnych właścicieli poszukujących zysku w dywidendach na pewno nie osłabi tych konfliktów, a jeszcze je spotęguje. Tak myślę, że dobrze zorganizowany system ochrony zdrowia to taki w którym dbanie o dobro pacjenta wpływa pozytywnie na sytuację firmy. Tylko jak stworzyć taki system.
w końcu dofinansowanie. Premier Tusk zlekceważył, czy wręcz pogwałcił ustalenia białego szczytu rekomendującego wzrost stawki na ubezpieczenie zdrowotne odliczanej od podatku, tak aby osiągnąć 6 % PKB. Jego obietnica 1 % nieodliczanego wzrostu w roku 2010 to za mało, za późno, złym sposobem. Ten ostatni fakt utwierdził mnie w poglądzie, a nieprzekraczalnej skazie myślenia doktrynalnie liberalnego u Tuska. On nie zdoła naprawić ochrony zdrowia.
Potwierdziły się moje dawne obserwacje, że problem jest bardzo hermetyczny i mało kto spoza branży widzi szeregi uwarunkowań. Przyszło trzech panów, którzy głosili anachroniczne poglądy o zbyt dużej liczbie szpitali w Polsce, za małych powiatach, złych menadżerach. Na moje pytanie na czym polegają nieszczelności polskiego systemu ochrony zdrowia i czy są one większe, czy mniejsze niż w innych krajach wzruszali ramionami. Jako przeciwnik Platformy życzę im, aby przejechali się na próbie reformy, jako człowiek siedzący w środku systemu, chcałbym aby go naprawiono wszystko jedno czyimi rękami. Mam jednak pewność, że wydarzenia zapowiadają ten pierwszy scenariusz.
Trzy idee Platformy to uszczelnić, zorganizować, dofinansować (kolejność nieprzypadkowa).
Co do uszczelnienia to diagnoza nieszczelności bazuje raczej na intuicjach polityków zdrowotnych a nie na wiarygodnych badaniach. Muszę z satysfakcją przyznać, że PiS zdefiniował szereg potencjalnych nieszczelności i wcale dużo kontrakcji przeprowadził jak np. spektakularne (i niekiedy denerwujące) akcje antykorupcyjne, prawo farmaceutyczne porządkujące cały szereg zjawisk w gospodarce lekowej, regulacja lobbingu. Wprowadzanie spółek prawa handlowego do sektora ochrony zdrowia dopiero zaowocuje licznymi nieszczelnościami, jak wszystko co jest stykiem prywatnego z publicznym.
W sferze organizacji jako najbardziej uciążliwe można oceniać nasilające się zjawisko konfliktu pomiędzy dobrem pacjenta a dobrem firmy, gdy lekarz, czy pielęgniarka powstrzymują się prze drogą procedurą diagnostyczną lub terapeutyczną wystawiając na hazard dobro, którego powinni strzec. Wprowadzenie spółek, a zwłaszcza prywatnych właścicieli poszukujących zysku w dywidendach na pewno nie osłabi tych konfliktów, a jeszcze je spotęguje. Tak myślę, że dobrze zorganizowany system ochrony zdrowia to taki w którym dbanie o dobro pacjenta wpływa pozytywnie na sytuację firmy. Tylko jak stworzyć taki system.
w końcu dofinansowanie. Premier Tusk zlekceważył, czy wręcz pogwałcił ustalenia białego szczytu rekomendującego wzrost stawki na ubezpieczenie zdrowotne odliczanej od podatku, tak aby osiągnąć 6 % PKB. Jego obietnica 1 % nieodliczanego wzrostu w roku 2010 to za mało, za późno, złym sposobem. Ten ostatni fakt utwierdził mnie w poglądzie, a nieprzekraczalnej skazie myślenia doktrynalnie liberalnego u Tuska. On nie zdoła naprawić ochrony zdrowia.
piątek, 28 marca 2008
Argumenty przeciwko Mszy Trydenckiej
Wczoraj miłe spotkanie z pobożnym księdzem. Poczytuję sobie za drobną satysfakcję, że tym razem wpadł do nas w sutannie. Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie. Bywa, że wyjeżdżam do jego parafii na Mszę Św., aby odetchnąć znakami liturgicznymi sprzyjajacymi zbliżeniu do Pana Naszego Jezusa Chrystusa.
Jednak wczoraj było miejscami ostro, gdyż sceptycznie patrzy on na praktykowanie rytu trydenckiego i dyskusja pociągnęła się do wpół do trzeciej w nocy. (nigdy nie wychodził od nas przed 12, ale też nigdy tak późno).
Argumenty mieszały się, ale dominowały historyczno-społeczne.
-Ten ryt to długi, ale jednak epizod w dziejach kościoła, zatem nie można utożsamiać go z Tradycją.
-W novus ordo wiele rzeczy jest bardziej starożytnych.
-Lepiej wprowadzać łacinę i pełniej przeżywać w nowym rycie.
-Powrót do starego rytu dzieli ludzi Kościoła.
-Księża są bardzo obciążeni a motu proprio Benedykta XVI nakłada na nich obowiązki (odprawiam cztery msze w niedzielę, czy mam odprawiać piątą).
-To wierni mają (w liczbie 20) występować do proboszczów i niejako zabiegać o
liturgię trydencką, a kapłani nie mają mocy inicjującej.
Trudno zrelacjonować wielogodzinną dyskusję, z wszystkimi powyższymi zarzutami jakoś się zmagałem.
Dla mnie największym problemem jest ekskluzywizm środowisk tradycyjnych,
a na tym łatwo pasie się pycha,oczywiście moja. Może dlatego tęsknię za tym,
aby takich celebracji było więcej i niejako spowszedniały.
Jednak wczoraj było miejscami ostro, gdyż sceptycznie patrzy on na praktykowanie rytu trydenckiego i dyskusja pociągnęła się do wpół do trzeciej w nocy. (nigdy nie wychodził od nas przed 12, ale też nigdy tak późno).
Argumenty mieszały się, ale dominowały historyczno-społeczne.
-Ten ryt to długi, ale jednak epizod w dziejach kościoła, zatem nie można utożsamiać go z Tradycją.
-W novus ordo wiele rzeczy jest bardziej starożytnych.
-Lepiej wprowadzać łacinę i pełniej przeżywać w nowym rycie.
-Powrót do starego rytu dzieli ludzi Kościoła.
-Księża są bardzo obciążeni a motu proprio Benedykta XVI nakłada na nich obowiązki (odprawiam cztery msze w niedzielę, czy mam odprawiać piątą).
-To wierni mają (w liczbie 20) występować do proboszczów i niejako zabiegać o
liturgię trydencką, a kapłani nie mają mocy inicjującej.
Trudno zrelacjonować wielogodzinną dyskusję, z wszystkimi powyższymi zarzutami jakoś się zmagałem.
Dla mnie największym problemem jest ekskluzywizm środowisk tradycyjnych,
a na tym łatwo pasie się pycha,oczywiście moja. Może dlatego tęsknię za tym,
aby takich celebracji było więcej i niejako spowszedniały.
środa, 26 marca 2008
Pokolenie JP II
Przed kilkudniowym świętowaniem w mojej poszerzonej rodzinie kobiety postanowiły wykluczyć rozmowy na tematy religii, kapłanów i Jana Pawła II z tematów dozwolonych przy świątecznym stole. W sprzysiężeniu brały udział moja żona, siostra i mama. Dowiedziałem się o tym już po świętach, które upłynęły nam w atmosferze dość pogodnej, wyciszonej i pełnej wzajemnego szacunku. Nie sposób jednak nie skomentować "zakazanych niewieścich" tematów.
Jeśli chodzi o religie to nie ma między nami różnic doktrynalnych, jednak moja siostra zwraca uwagę, aby ze względu na dzieci nie krytykować nadużyć liturgicznych (każdy trochę inaczej definiuje to pojęcie), gdyż uderza to w autorytet kapłanów. Prawda jest taka, że moja siostrzenica opuściła rekolekcje szkolne realizowane błazeńsko z pseudo-otwartością na ludzi młodych i nieodpowiedzialnie. Rozbrajające było konkludujące stwierdzenie "Mamo, wszystkim się to podobało. czy ja jestem nienormalna?"
Temat kapłanów, choć wyciszony na skutek cenzury zewnętrznej (spisek kobiet) i wewnętrznej - jednak był obecny. Bolało, gdy w wielką sobotę wikary wziął monstrancję z Grobu Pańskiego jak świecę i przeniósł na główny ołtarz bez należytej oprawy. Również rozdawanie Komunii św. jakże odbiegało od tego, które obserwowaliśmy w wielki czwartek na mszy trydenckiej (klasztor karmelitanek w Rzeszowie).
No i w końcu temat Jana Pawła II. Nie jestem w mojej rodzinie największym sceptykiem odnośnie pontyfikatu Papieża Polaka. Ale to zasługa Weigla i jego książki "Boży wybór". Z pozycji euforycznych (choć z wątpliwościami) poprzez pozycje sceptyczne (no w końcu widać jaki Kościół pozostawił) przeszedłem na pozycje realistyczne. A tak na prawdę przekonał mnie Weigel i myślę tak jak on.
Niech żyje Benedykt XVI!
Jeśli chodzi o religie to nie ma między nami różnic doktrynalnych, jednak moja siostra zwraca uwagę, aby ze względu na dzieci nie krytykować nadużyć liturgicznych (każdy trochę inaczej definiuje to pojęcie), gdyż uderza to w autorytet kapłanów. Prawda jest taka, że moja siostrzenica opuściła rekolekcje szkolne realizowane błazeńsko z pseudo-otwartością na ludzi młodych i nieodpowiedzialnie. Rozbrajające było konkludujące stwierdzenie "Mamo, wszystkim się to podobało. czy ja jestem nienormalna?"
Temat kapłanów, choć wyciszony na skutek cenzury zewnętrznej (spisek kobiet) i wewnętrznej - jednak był obecny. Bolało, gdy w wielką sobotę wikary wziął monstrancję z Grobu Pańskiego jak świecę i przeniósł na główny ołtarz bez należytej oprawy. Również rozdawanie Komunii św. jakże odbiegało od tego, które obserwowaliśmy w wielki czwartek na mszy trydenckiej (klasztor karmelitanek w Rzeszowie).
No i w końcu temat Jana Pawła II. Nie jestem w mojej rodzinie największym sceptykiem odnośnie pontyfikatu Papieża Polaka. Ale to zasługa Weigla i jego książki "Boży wybór". Z pozycji euforycznych (choć z wątpliwościami) poprzez pozycje sceptyczne (no w końcu widać jaki Kościół pozostawił) przeszedłem na pozycje realistyczne. A tak na prawdę przekonał mnie Weigel i myślę tak jak on.
Niech żyje Benedykt XVI!
wtorek, 18 marca 2008
Rewolucja
Powróciła do mnie moja myśl. Gdy szykowałem wystąpienie o sumieniu polityka konstruowałem je w oparciu o świętojanowy zapis opisujący ludzkie słabości.
Pycha żywota, pożądliwość oczu, pożądliwość ciała. To mieszanie płaszczyzny politycznej z duchową było tyle atrakcyjne co ryzykowne, choć oczywista była koniunkcja tych zagadnień w osobie polityka. Tymczasem ten sam temat, choć z niebywale większym rozmachem podjął zanalizował i zaprezentował Plinio Correa de Oliveira w książce "Rewolucja i kontrrewolucja".
Każdy etap Rewolucji, a pojęcie to znaczy u niego więcej niż u kogokolwiek innego kogo znam, można scharakteryzować jako poddanie się ludzi zmysłowości i pysze. Choć na każdym z etapów, rozkładu średniowiecznego, pseudoreormacji, rewolucji francuskiej, komunizmu, czy współczesnego modernizmu to uleganie głównym ludzkim
pokusom ma inną postać.
Tezy Oliveiry są tak mocne i proste, że wzbudzają u mnie opór. Nie przepadam za zbyt prostym tłumaczeniem świata. Odnoszę wrażenie, że zasad odnoszonych do świata ducha nie należy przenosić do świata doczesnego lub nimi ten świat objaśniać.
Z drugiej strony, trudno aby człowiek wierzący w stworzenie, obecność Boga i życie wieczne nie poszukiwał porządku nadzwyczajnego dla wyjaśnienia naszego pogmatwanego świata. Pytanie tylko czy to Oliveira go znalazł.
Pycha żywota, pożądliwość oczu, pożądliwość ciała. To mieszanie płaszczyzny politycznej z duchową było tyle atrakcyjne co ryzykowne, choć oczywista była koniunkcja tych zagadnień w osobie polityka. Tymczasem ten sam temat, choć z niebywale większym rozmachem podjął zanalizował i zaprezentował Plinio Correa de Oliveira w książce "Rewolucja i kontrrewolucja".
Każdy etap Rewolucji, a pojęcie to znaczy u niego więcej niż u kogokolwiek innego kogo znam, można scharakteryzować jako poddanie się ludzi zmysłowości i pysze. Choć na każdym z etapów, rozkładu średniowiecznego, pseudoreormacji, rewolucji francuskiej, komunizmu, czy współczesnego modernizmu to uleganie głównym ludzkim
pokusom ma inną postać.
Tezy Oliveiry są tak mocne i proste, że wzbudzają u mnie opór. Nie przepadam za zbyt prostym tłumaczeniem świata. Odnoszę wrażenie, że zasad odnoszonych do świata ducha nie należy przenosić do świata doczesnego lub nimi ten świat objaśniać.
Z drugiej strony, trudno aby człowiek wierzący w stworzenie, obecność Boga i życie wieczne nie poszukiwał porządku nadzwyczajnego dla wyjaśnienia naszego pogmatwanego świata. Pytanie tylko czy to Oliveira go znalazł.
poniedziałek, 17 marca 2008
Irytacja
W świetnej prozie Akunina w powieści Pelagia i biały buldog jest taki fragment na samym początku, gdy władyka Mitrofaniusz przewraca się na łóżku nie mogąc zasnąć więc przeprowadza analizę wydarzeń minionego dnia która to ze spraw tkwiąca w podświadomości tak mu uwiera. Rozeznawszy podejmuje decyzję co daje mu błogi sen.
Ten obraz powraca do mnie ilekroć wyczuwam jakąś zmianę w swoim nastroju. I tropem władyki dociekam. Najtrudniej o końcowe uspokojenie, ale i ono czasami pojawia się.
Z minionego weekendu kilka spraw uzyskało taki wymiar.
Rada polityczna PiS mimo godnych uznania i zapewne szczerych deklaracji optymizmu była jakaś ospała, frekwencja ledwie-ledwie (na pocieszenie podobno w PO ostatnio nie było kworum). Po odejściu grupy Marka Jurka a później kolejnych szemranie po kontach nie ustało, ale jego ideowoć straciło na jakości. Obecnie apatyczne pomruki dotyczyły jedynie obawy przed kompromitacją w środowiskach lokalnych o ile PiS podtrzymałby antyueuropejski wizerunek. Wyczuwałem nie tyle przekonanie o błędności tej drogi, a raczej obawy, że taka etykietka może przeszkodzić w późniejszym objęciu funkcji dających profity. Prezes jak zwykle przekonujący, a może nawet bardziej szczery. Tym niemniej był to zaledwie cień dawnych rad politycznych, choć jak zwykle z konferencji po radzie dowiedzieliśmy się naprawdę co ustalono np. w sprawie dyscypliny klubowej na radzie nie było ani słowa.
Wyskok pani prezydentowej to kolejna zadra. Jej poparcie dla in vitro karze inaczej oceniać wcześniejsze wypowiedzi o eutanazji. To front antychrześcijański. Natomiast jedno się wyjaśniło. Pośpiech z jakim Pan Prezydent pośpieszył na Mszę Św. i wygłaszał wystąpienie o poparciu dla kościoła rzymskiego (skąd on wygrzebał to określenie). Pewnie dowiedziawszy się, co naplotła we Wprost jego żona popędził, aby załagodzić wrażenie. Mam nadzieję, że tym razem dotarł punktualnie, a nie tak skandalicznie się spóźnił, jak na rocznicę do Lubina, gdy wszedł na ogłoszenia parafialne. Czas rozważyć czy nie powinno się odmawiać Komunii Św. pani prezydentowej.
Ten obraz powraca do mnie ilekroć wyczuwam jakąś zmianę w swoim nastroju. I tropem władyki dociekam. Najtrudniej o końcowe uspokojenie, ale i ono czasami pojawia się.
Z minionego weekendu kilka spraw uzyskało taki wymiar.
Rada polityczna PiS mimo godnych uznania i zapewne szczerych deklaracji optymizmu była jakaś ospała, frekwencja ledwie-ledwie (na pocieszenie podobno w PO ostatnio nie było kworum). Po odejściu grupy Marka Jurka a później kolejnych szemranie po kontach nie ustało, ale jego ideowoć straciło na jakości. Obecnie apatyczne pomruki dotyczyły jedynie obawy przed kompromitacją w środowiskach lokalnych o ile PiS podtrzymałby antyueuropejski wizerunek. Wyczuwałem nie tyle przekonanie o błędności tej drogi, a raczej obawy, że taka etykietka może przeszkodzić w późniejszym objęciu funkcji dających profity. Prezes jak zwykle przekonujący, a może nawet bardziej szczery. Tym niemniej był to zaledwie cień dawnych rad politycznych, choć jak zwykle z konferencji po radzie dowiedzieliśmy się naprawdę co ustalono np. w sprawie dyscypliny klubowej na radzie nie było ani słowa.
Wyskok pani prezydentowej to kolejna zadra. Jej poparcie dla in vitro karze inaczej oceniać wcześniejsze wypowiedzi o eutanazji. To front antychrześcijański. Natomiast jedno się wyjaśniło. Pośpiech z jakim Pan Prezydent pośpieszył na Mszę Św. i wygłaszał wystąpienie o poparciu dla kościoła rzymskiego (skąd on wygrzebał to określenie). Pewnie dowiedziawszy się, co naplotła we Wprost jego żona popędził, aby załagodzić wrażenie. Mam nadzieję, że tym razem dotarł punktualnie, a nie tak skandalicznie się spóźnił, jak na rocznicę do Lubina, gdy wszedł na ogłoszenia parafialne. Czas rozważyć czy nie powinno się odmawiać Komunii Św. pani prezydentowej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)