Namnożyło się nam treści medialnych z dziedziny zdrowia publicznego. Takim turbowyzwalaczem stało się doniesienie Rzepy o przymusowych spółkach w szpitalach. Raz, gdyż opisało zawsze ekscytujący opinię publiczną temat prywatyzacji co potocznie i częściowo słusznie rozumiane jest jako rozdawanie za darmo majątku wspólnego znajomym i krewnym, dwa podważyło wiarygodność PO. Platforma odżegnywała się od prywatyzacji szpitali po aferze z Sawicką, a jeszcze tydzień wcześniej wspierała łagodny, nieprzymusowy sposób przekształceń.
W toku faktów (tych niewiele), argumentów i komentarzy różne strony jedną rzecz wstydliwie skrywały. Że ochrona zdrowia jest środkiem, a najwyżej etapem pośrednim do podstawowego celu jakim jest objęcie lub utrzymanie władzy.
Zweryfikujmy tę tezę.
Zaczynając od rozważań najdalej idących.
Platforma nie wie jaki model ochrony zdrowia należy realizować. Zmiany koncepcji w istotnych punktach zgłaszane przez rząd i niezależnie przez premiera stają się męczące nawet dla samych polityków Platformy, którzy co tydzień bronią innych koncepcji, a nie mają pewności co jeszcze strzeli Donkowi do głowy. Stałymi punktami stają się diagnozy przewijające się przez wszystkie programy PO jeszcze od czasów Rokity po pierwsze nieszczelność systemu, po drugie źli menadżerowie. Zatem nie chodzi o naprawę systemu.
Wariant bliżej idący.
Platforma porzuca naprawę systemu ochrony zdrowia, buduje jedynie propagandę, że dysponuje wolą, pomysłami i narzędziami do naprawy systemu. Porzucenie wiąże się ze świadomością ogromu zaniedbań, konieczności dużych mało popularnych wyrzeczeń społecznych i rezygnacji z innych projektów na które zabraknie środków, gdy zdrowie uczyni się priorytetem. Jest to interpretacja korzystna dla polityków PO. Równie dobrze przyczyną zaniechań może być błędna diagnoza, głupota, czy lenistwo. Konieczne byłoby zatem rozważenie, czy zgłaszanie prywatyzacji i jej forsowanie, to wynik kalkulacji spin doktorów, że pacjenci są tak zmęczeni niedomaganiem systemu iż zaakceptują jakiekolwiek zmiany, a kumple premiera ukręcą lody, czy też mamy do czynienia z polityką jeszcze bardziej krótkowzroczną tj. taktyczną rozgrywką z prezydentem.
Niezadowoleni pacjenci oczekują zmian, reformatorzy z PO podrzucają projekt (wprawdzie społecznie kontrowersyjny, ale kto o tym będzie pamiętał, gdy nie wejdzie w życie), i na końcu legislacji prezydent wetujący prywatyzację, ale w opinii publicznej blokujący zmiany w ochronie zdrowia. Oto cały zamysł.
Niestety reakcja PiS jest lustrzanym odbiciem postępowania Platformy.
Biały szczyt pisowski nie był zgłoszeniem kompletnego programu przekształceń (podobno pracuje nad tym poseł Hoc, a to umysł analityczny i podobnie jak umysł posła Piechy niezdolny do syntezy). Spotkanie warszawskie nie było nawet bojem o rolę PiS w ważnym społecznym obszarze. Było po prostu odpowiedzią na wystawianie prezydenta i przygotowaniem do prezydenckiego veta, choć w kuluarach mówiło się o skierowaniu projektów do trybunału.
Rozgrywka trwa, a pacjenci umierają.
sobota, 17 maja 2008
niedziela, 4 maja 2008
Msza w wiedeńskiej katedrze
3 maja na obczyźnie niesie ze sobą ryzyko braku możliwości uczestniczenia w mszy, zwłaszcza gdy uczestniczy się we wspólnym tzw. zorganizowanym wyjeździe. Jeśli jednak włozy się trochę wysiłku to Europa jeszcze okazuje się miejscem zorganizowanym pod względem chrześcijańskiej posługi. Trzeba się jednak przygotować na niespodzianki, nowinki, a niekiedy irytujące odmienności (zboczenia?) w przebiegu liturgii, szczególnie w miejscach znanych z awangardowych przedsięwzięć, a do takich należy katedra św. Szczepana w Wiedniu (nabożeństwo dla pederastów, bluźniercze wystawy w muzeum katedralnym itp.).
Ale sobotnia, południowa Msza św. 3. maja była do przeżycia, jako tradycjonalista znalazłem sporo mankamentów, ale trudno ukryć, że znalazły się punkty jasne.
Mszę sprawowano w intencji ofiarodawców i dobroczyńców katedry i przewodniczył sam proboszcz. Sprawiał wrażenie osoby niewierzącej (po odpowiednio długiej praktyce zaczyna się to wyczuwać), przejawia się to czasami w przywiązaniu do gestów z zaniedbaniem znaków. Wejście było procesyjne i idący z tyłu proboszcz kłaniał się "damom i młodzieży". Następnie długo przemawiał tłumacząc po co się spotkaliśmy i co poruszającego przeczytał w dzisiejszej gazecie (sic!). Zwyczajem, który wprowadziła moja żona, a w odróżnieniu od pozostałych wiernych,rezygnujemy z postawy stojącej i siadamy, gdy kapłan zaczyna zbyt długo mówić od siebie. Następnie długo okadzał ołtarz, krzyż i paschał w sposób, który sugerował obrzęd przepędzania złego ducha,a nie wznoszenia modlitwy do Boga. Sięgał kadzielnicą, gdzieś pod spód ołtarza wnikliwe obserując czy wszystkie zakamarki zostały odymione. Kazanie miało wymiar społeczno (utrzymanie katedry) - transcendentny (śmierć dobroczyńców). Część eucharystyczna zgodnie z novus ordo, jak w koncelebrze chyba z ośmiu kapłanów. Potem na wyjście cały orszak stał przed ołtarzem do wybrzmienia dwóch zwrotek końcowej pieśni. Moment, który zawsze wzrusza gdy kapłan ze swoim ludem stoi przed Bogiem. Dla mnie najoczywistszy dowód za postawą versus Dei. W bardzo uroczystych momentach śpiewu Boże coś Polskę na koniec Mszy Św. taką orientację, pewnie podświadomie, wybierają kapłani. Komunia św. co już na zachodzie zdumiewa przyjmowana była z rąk kapłanów, przeważnie na klęcząco (przy balaskach!) i przeważnie do ust.
Społeczeństwo informatyczne zobowiązuje, więc na ławkach rozłożono teksty sprawowanej mszy św. zwłaszcza że części stałe były śpiewane przez chór i solistów i grane przez orkiestrę kameralną, co telewizja transmitowała na rozmieszone wzdłuż naw ekrany. Oprawa mszy nawiązywała do tzw. mszy niemieckich z XVIII w. gdy wprowadzano język narodowy do liturgii, zatem tekst odpowiednio zrytmizowany włącznie z Credo i Gloria odbiegał od współczesnych tekstów liturgicznych, sądzę że teologicznie nie był poprawny. Autorem muzyki był Haydn, ale Michał.Krzyż wnosił i kadzidło czynił długowłosy osobnik, a przykre jest że nawet po usłyszeniu pierwszego czytania nie uzyskałem pewności co do jego płci. Było to tym przykrzejsze, że pod katedrą odbywał się właśnie jakiś festym propagujący transseksualistów i ideologię transgender. Nie wiem dokładnie o co im chodzi, coś chcą mieszać i plątać, tym niemniej to uczucie zmieszania udzieliło się mi gdy ów osobnik plątał się przy ołtarzu. Co do akolitów to problemów nie miałem, były to z pewnością kobiety.
Cała ceremonia odbywała się przy udostępnionej do zwiedzania katedrze przy nieustannym, choć niezbyt głośnym szumie ludzkich głosów zza krat stojących przy pierwszym rzędzie filarów. Zresztą każdy zdeterminowany turysta mógł wejść deklarując się jako uczestnik mszy. Żydzi oraz muzułmanie lepiej strzegą swoich świętości, choć mogą ledwie pomarzyć o obecności Boga na ołtarzu.
Ale sobotnia, południowa Msza św. 3. maja była do przeżycia, jako tradycjonalista znalazłem sporo mankamentów, ale trudno ukryć, że znalazły się punkty jasne.
Mszę sprawowano w intencji ofiarodawców i dobroczyńców katedry i przewodniczył sam proboszcz. Sprawiał wrażenie osoby niewierzącej (po odpowiednio długiej praktyce zaczyna się to wyczuwać), przejawia się to czasami w przywiązaniu do gestów z zaniedbaniem znaków. Wejście było procesyjne i idący z tyłu proboszcz kłaniał się "damom i młodzieży". Następnie długo przemawiał tłumacząc po co się spotkaliśmy i co poruszającego przeczytał w dzisiejszej gazecie (sic!). Zwyczajem, który wprowadziła moja żona, a w odróżnieniu od pozostałych wiernych,rezygnujemy z postawy stojącej i siadamy, gdy kapłan zaczyna zbyt długo mówić od siebie. Następnie długo okadzał ołtarz, krzyż i paschał w sposób, który sugerował obrzęd przepędzania złego ducha,a nie wznoszenia modlitwy do Boga. Sięgał kadzielnicą, gdzieś pod spód ołtarza wnikliwe obserując czy wszystkie zakamarki zostały odymione. Kazanie miało wymiar społeczno (utrzymanie katedry) - transcendentny (śmierć dobroczyńców). Część eucharystyczna zgodnie z novus ordo, jak w koncelebrze chyba z ośmiu kapłanów. Potem na wyjście cały orszak stał przed ołtarzem do wybrzmienia dwóch zwrotek końcowej pieśni. Moment, który zawsze wzrusza gdy kapłan ze swoim ludem stoi przed Bogiem. Dla mnie najoczywistszy dowód za postawą versus Dei. W bardzo uroczystych momentach śpiewu Boże coś Polskę na koniec Mszy Św. taką orientację, pewnie podświadomie, wybierają kapłani. Komunia św. co już na zachodzie zdumiewa przyjmowana była z rąk kapłanów, przeważnie na klęcząco (przy balaskach!) i przeważnie do ust.
Społeczeństwo informatyczne zobowiązuje, więc na ławkach rozłożono teksty sprawowanej mszy św. zwłaszcza że części stałe były śpiewane przez chór i solistów i grane przez orkiestrę kameralną, co telewizja transmitowała na rozmieszone wzdłuż naw ekrany. Oprawa mszy nawiązywała do tzw. mszy niemieckich z XVIII w. gdy wprowadzano język narodowy do liturgii, zatem tekst odpowiednio zrytmizowany włącznie z Credo i Gloria odbiegał od współczesnych tekstów liturgicznych, sądzę że teologicznie nie był poprawny. Autorem muzyki był Haydn, ale Michał.Krzyż wnosił i kadzidło czynił długowłosy osobnik, a przykre jest że nawet po usłyszeniu pierwszego czytania nie uzyskałem pewności co do jego płci. Było to tym przykrzejsze, że pod katedrą odbywał się właśnie jakiś festym propagujący transseksualistów i ideologię transgender. Nie wiem dokładnie o co im chodzi, coś chcą mieszać i plątać, tym niemniej to uczucie zmieszania udzieliło się mi gdy ów osobnik plątał się przy ołtarzu. Co do akolitów to problemów nie miałem, były to z pewnością kobiety.
Cała ceremonia odbywała się przy udostępnionej do zwiedzania katedrze przy nieustannym, choć niezbyt głośnym szumie ludzkich głosów zza krat stojących przy pierwszym rzędzie filarów. Zresztą każdy zdeterminowany turysta mógł wejść deklarując się jako uczestnik mszy. Żydzi oraz muzułmanie lepiej strzegą swoich świętości, choć mogą ledwie pomarzyć o obecności Boga na ołtarzu.
Odsiecz wiedeńska
Wprowadzenie jest konieczne inaczej padnie zarzut, żem sobie winien.
Dość niespodzianie, w tzw. długim wekendzie pojawiła się możliwość wyjazdu na wycieczkę do Wiednia. Zaabsorbowany innymi sprawami przygotowywałem się w przeddzień szukając informacji i planów w internecie. Kolega zaoferował mi przewodnik z serii dodawanej do "WYborczej". I w ten to właśnie sposób dostałem do ręki publikację, z którą zwiedzałem Wiedeń. A zwiedziwszy w ostatnim dniu Kahlenberg zwątpiłem we wszystkie wcześniejsze opisy. Niech przemówią zapisy:
"Był rok 1683. Kara Mustafa miał pod wodzą armię w sile 200 tys.,a 15-tysięczne oddziały hrabiego Rudigera von Starhemberga okazały się zbyt wątłe, by ocalić obrzeża miasta od zniszczenia. Dopiero heroiczna interwencja księcia Eugeniusza Sabaudzkiego zmusiła armie otomańskie do wycofania się. Za lojalną służbę został on sowicie wynagrodzony(...)".
Chwytamy się jeszcze nadziei przy opisie Kahlenbergu "Ci, którzy dysponują większą ilością czasu, nie pożałują wspinaczki na samo wzgórze, z którego można nacieszyć oczy wspaniałym, panoramicznym widokiem Wiednia i okolic. (...) Godny uwagi jest także Josefkirche, na którego ścianach wiszą obrazy przedstawiające oblężenie tureckie z 1683 r.".
Nie dziwi zatem desperackie i pełne emocji oprowadzanie ks. Smolińskiego. Tylko, że trafia on do Polaków (same polskie autobusy), których przekonywać nie trzeba.
Ksiądz Chrostowski twierdzący, że GazWYb jest w treści i formie żydowska mógłby znaleźć kolejne potwierdzenie swojej tezy. Ale jeśli ktoś świadomie kłamie przeciw odsieczy wiedeńskiej , to spoczywa na nas obowiązek przynajmniej refleksji, jeśli nie polemiki i działań, dlaczego akurat to wydarzenie postanowiono wyrzucić z historii. Czy to idący przez wieki uraz cesarza, którzy musiał być ratowany z opresji, czy to, lobby homoseksualne propaguje podejrzewanego o te skłonności Eugeniusza Sabaudzkiego, czy to niechęć do Polski i Polaków, czy mechanizm obronny pismaków, którym honorowy monarcha psuje obraz cynicznej polityki, czy może w końcu, co mnie najbardziej przekonuje, kolejny przejaw Kłamstwa, zaciekłej i podstępnej walki z chrześcijaństwem w owym czasie zjednoczonym przez Jana III SObieskiego i tryumfującym.
Królu Janie, nie martw się, że nie masz pomnika w Wiedniu. Hołd złożony przez tych malutkich ludków tylko by Ci uchybiał.
Dość niespodzianie, w tzw. długim wekendzie pojawiła się możliwość wyjazdu na wycieczkę do Wiednia. Zaabsorbowany innymi sprawami przygotowywałem się w przeddzień szukając informacji i planów w internecie. Kolega zaoferował mi przewodnik z serii dodawanej do "WYborczej". I w ten to właśnie sposób dostałem do ręki publikację, z którą zwiedzałem Wiedeń. A zwiedziwszy w ostatnim dniu Kahlenberg zwątpiłem we wszystkie wcześniejsze opisy. Niech przemówią zapisy:
"Był rok 1683. Kara Mustafa miał pod wodzą armię w sile 200 tys.,a 15-tysięczne oddziały hrabiego Rudigera von Starhemberga okazały się zbyt wątłe, by ocalić obrzeża miasta od zniszczenia. Dopiero heroiczna interwencja księcia Eugeniusza Sabaudzkiego zmusiła armie otomańskie do wycofania się. Za lojalną służbę został on sowicie wynagrodzony(...)".
Chwytamy się jeszcze nadziei przy opisie Kahlenbergu "Ci, którzy dysponują większą ilością czasu, nie pożałują wspinaczki na samo wzgórze, z którego można nacieszyć oczy wspaniałym, panoramicznym widokiem Wiednia i okolic. (...) Godny uwagi jest także Josefkirche, na którego ścianach wiszą obrazy przedstawiające oblężenie tureckie z 1683 r.".
Nie dziwi zatem desperackie i pełne emocji oprowadzanie ks. Smolińskiego. Tylko, że trafia on do Polaków (same polskie autobusy), których przekonywać nie trzeba.
Ksiądz Chrostowski twierdzący, że GazWYb jest w treści i formie żydowska mógłby znaleźć kolejne potwierdzenie swojej tezy. Ale jeśli ktoś świadomie kłamie przeciw odsieczy wiedeńskiej , to spoczywa na nas obowiązek przynajmniej refleksji, jeśli nie polemiki i działań, dlaczego akurat to wydarzenie postanowiono wyrzucić z historii. Czy to idący przez wieki uraz cesarza, którzy musiał być ratowany z opresji, czy to, lobby homoseksualne propaguje podejrzewanego o te skłonności Eugeniusza Sabaudzkiego, czy to niechęć do Polski i Polaków, czy mechanizm obronny pismaków, którym honorowy monarcha psuje obraz cynicznej polityki, czy może w końcu, co mnie najbardziej przekonuje, kolejny przejaw Kłamstwa, zaciekłej i podstępnej walki z chrześcijaństwem w owym czasie zjednoczonym przez Jana III SObieskiego i tryumfującym.
Królu Janie, nie martw się, że nie masz pomnika w Wiedniu. Hołd złożony przez tych malutkich ludków tylko by Ci uchybiał.
wtorek, 29 kwietnia 2008
Nowi rycerze
W ostatnią sobotę przeżyliśmy obfitość uroczystości religijnych dużej rangi. W Gdańsku odbywał się ingres arcybiskupa Głodzia, przyznać należy, że ABp Gocłowski podwójnie nie pokazał klasy. Raz gdy w sposób nie znamionujący godności składał donos na swojego następcę i tolerował podobne praktyki ze strony innych (kuriozalny występ w TVN i milczenie w obliczu służalczych hołdów) i drugi raz, gdy zorientowawszy się w porażce skwapliwie polecał nowego gospodarza, który w końcu zdecyduje o losie i kwaterze abp seniora. W Poznaniu uroczystości ku czci św. Wojciecha, słusznie zauważone przez media. Może najmniej dostrzeżone były częstochowskie uroczystości Zakonu Bożego Grobu z doroczną inwestyturą nowych rycerzy odbywające się w kościele św. Wojciecha. Podtrzymano kilkuletnią praktykę przyjmowania ok. dwudziestu nowych członków. W tym roku były to trzy damy, sześciu duchownych, dwunastu kawalerów. Obrzęd czuwania, w piątek prowadził bp Wątroba, a samo przyjęcie bp Piotr Skucha, konfrater zakonu, prowadzący i wcześniejsze inwestytury.
ELitarny charakter zakonu utrzymywany przez wysokie kryteria przyjęcia, przede wszystkim świadectwo życia weryfikowane opinią proboszcza, biskupa i prymasa, szczegółowym życiorysem i w końcu osobistą zgodą Wielkiego Mistrza zakonu kard. Foleya wchodzi w dysonans z pragmatycznym zadaniem jakim jest pomoc materialna chrześcijanom w Ziemi Świętej. Obecne przeciętne zobowiązanie członka zakonu w wysokości ok 100 Euro rocznie to kropla w morzu wołających potrzeb, zwiększonych zwłaszcza w ostatnim czasie co podkreślał w dramatycznym wezwaniu Zwierzchnik prof. Wojtczak.
Świetna organizacja uroczystości uwzględniała również świeckie potrzeby duchowe, chociaż nie wszystkim przypadł do gustu I kwartet smyczkowy M. Góreckiego. Ale wykonawcy z kwartetu Quadro Stationi spisali się wyśmienicie.
Szeroko komentowano brak zgody (przeora Jasnej Góry?) na udział rycerstwa w płaszczach na piątkowym apelu jasnogórskim. Rycerze przegrali z pielgrzymką studentów. Stawili się zatem w komplecie w cywilu stanowiąc sporą grupę wiernych, i nawet wspomnianu o ich obecności, choć wstydliwie i na samym końcu. Zazdrość zakonników bezmieczowych?
ELitarny charakter zakonu utrzymywany przez wysokie kryteria przyjęcia, przede wszystkim świadectwo życia weryfikowane opinią proboszcza, biskupa i prymasa, szczegółowym życiorysem i w końcu osobistą zgodą Wielkiego Mistrza zakonu kard. Foleya wchodzi w dysonans z pragmatycznym zadaniem jakim jest pomoc materialna chrześcijanom w Ziemi Świętej. Obecne przeciętne zobowiązanie członka zakonu w wysokości ok 100 Euro rocznie to kropla w morzu wołających potrzeb, zwiększonych zwłaszcza w ostatnim czasie co podkreślał w dramatycznym wezwaniu Zwierzchnik prof. Wojtczak.
Świetna organizacja uroczystości uwzględniała również świeckie potrzeby duchowe, chociaż nie wszystkim przypadł do gustu I kwartet smyczkowy M. Góreckiego. Ale wykonawcy z kwartetu Quadro Stationi spisali się wyśmienicie.
Szeroko komentowano brak zgody (przeora Jasnej Góry?) na udział rycerstwa w płaszczach na piątkowym apelu jasnogórskim. Rycerze przegrali z pielgrzymką studentów. Stawili się zatem w komplecie w cywilu stanowiąc sporą grupę wiernych, i nawet wspomnianu o ich obecności, choć wstydliwie i na samym końcu. Zazdrość zakonników bezmieczowych?
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
Ofensywa papieska
Zakończyła się wizyta papieska w Stanach Zjednoczonych. Na bieżąco komentowała ją telewizja EWTN i co miłe, stałym uczestnikiem w studiu był x. Neuhaus, znany konwertyta i wydawca "First Things". W Polsce, katolickim kraju, można jedynie zatęsknić za kapłanem, który występowałby w mediach i zajmował jednocześnie tak pryncypialne stanowisko np. w sprawie liturgii. W odróżnieniu bowiem od księży polskich niektórzy księża amerykańscy przeczytali widać "Ducha liturgii" i ostatnią encyklikę "Spe salvi" Niestety,nawet telewizja Trwam i Radio Maryja dramatycznie zaniedbują ten obszar życia religijnego. A oto, jak rozpoczyna się komentarz x. Neuhausa, po Mszy w Bostonie będącej najgorszą wizytówką dla grup wiernych zaangażowanych w jej przygotowanie, z żałosnym śpiewającym unisono chórem, z amatorskim latynoskim zespolikiem przekrzykującym bębny i gitary, z wyśpiewującymi w tonacjach wschodnich Wietnamczykami, Tajami i innymi: "Czwartkowa Msza Święta zaznajomiła Ojca Świętego z estetycznym cierpieniem jakiego doznają wierni w Ameryce...W każdym razie można stwierdzić, że w sposób zupełnie zdumiewający, przebieg Mszy Św. ignorował, bądź podważał wszystko co Ojciec Św. dobitnie na ten temat pisał."
Z drugiej strony trochę denerwujący był ten amerykański egalitaryzm, niezauważany przez samego x. Neuhausa, gdy konsekwentnie nie przyklękano przed papieżem, a całowanie w pierścień mętnie tłumaczono jego szacownym pochodzeniem od Św. Piotra, jakby z obawy, że pochylenie się przed Następcą Apostołów zostanie uznane za kult osoby Józefa Ratzingera. Paradoksalnie w tym równym społeczeństwie niektórym osobom przyznaje się przymioty niemalże boskie, np. tenorowi Placydowi Domingo, który uratował pionowy porządek doczesny, gdy rymnął przed papieżem na kolana i pocałował go w pierścień wcześniej odśpiewawszy Panis Angelicus.
Martwiło też udzielanie, także przez papieża, Komunii Św.na rękę i na stojąco. Wyznaczony do pateny ksiądz stał długo bezczynnie, gdyż ledwie co dziesiąty przyjmował do ust. Już nie zgina się kolano na Imię Jezus, którego apoteoza tak majestatycznie zdobi strop kościoła Il Gesu w Rzymie.
Z drugiej strony trochę denerwujący był ten amerykański egalitaryzm, niezauważany przez samego x. Neuhausa, gdy konsekwentnie nie przyklękano przed papieżem, a całowanie w pierścień mętnie tłumaczono jego szacownym pochodzeniem od Św. Piotra, jakby z obawy, że pochylenie się przed Następcą Apostołów zostanie uznane za kult osoby Józefa Ratzingera. Paradoksalnie w tym równym społeczeństwie niektórym osobom przyznaje się przymioty niemalże boskie, np. tenorowi Placydowi Domingo, który uratował pionowy porządek doczesny, gdy rymnął przed papieżem na kolana i pocałował go w pierścień wcześniej odśpiewawszy Panis Angelicus.
Martwiło też udzielanie, także przez papieża, Komunii Św.na rękę i na stojąco. Wyznaczony do pateny ksiądz stał długo bezczynnie, gdyż ledwie co dziesiąty przyjmował do ust. Już nie zgina się kolano na Imię Jezus, którego apoteoza tak majestatycznie zdobi strop kościoła Il Gesu w Rzymie.
wtorek, 8 kwietnia 2008
To nie jest film dla młodych, ani dla starych ludzi
No Old Men Country.
Po nagrodzie Nobla dla Szymborskiej szydził Michalkiewicz, że to już za takie pimpoletki dają Nobla. Po oskarze dla "Milczenia owiec" zdumiewał się człowiek temu zamiłowaniu do grozy i ohydy. Teraz kolejny "obraz" fetowany jako arcydzieło. "To nie jest kraj dla starych ludzi". (Siedem wyrazów tłumaczenia czterowyrazowego tytułu). Jako człowiek, któremu zdarzyło się widzieć śmierć powinienem lżej podejść do tej opowiastki, ale nie, bezsensowna groza, ohyda duszny pesymizm tego filmu nakazuje podjąć pytanie o kierunek sztuki, sztuki filmowej w szczególności, o cel, ku któremu zmierzają ludzie współcześni, o porządek świata.
Przedłużona, okrutna scena pierwszego zabójstwa wyzwala pytania jeszcze bardziej podstawowe. Czy dobrze jest, że staliśmy się ludźmi "widzącymi". Jeszcze kilkadziesiąt lat temu obejrzenie zabójstwa dane było nielicznym: żołnierzom, jakiejś ograniczonej liczbie świadków, uczestnikom tragedii. Były to często sytuacje, w których zmarły miał historię, a jego śmierć stanowiła pustkę dla bliskich. Zresztą podobnie było z aktem płciowym, kto poza nielicznymi podglądaczami, widział cudze zbliżenia. Teraz można zobaczyć wszystko. Powątpiewam, że człowiek ma taką potrzebę. Sztuka filmowa ma zamiar coraz bardziej "pokazywać". Coraz mniej miejsca na wyobraźnię, coraz usilniejsze wrażenie wdrukowywania emocji, obrazu i pojmowania świata.
Jest zło, nie ma dobra. Taka jest treść przekazu.
Ale najsmutniejsza, najbardziej przygnębiająca, jest egzystencjalna, bełkotliwa ocena idących czasów dokonana przez zmęczonego życiem szeryfa. Reprezentując zagubionego człowieka zachodu przekonał mnie, jak niewiele współodczuwania łączy mnie z duszą przedstawiciela nowożytnej cywilizacji. Czuję się jakbym stał w jednym szeregu razem z Rzymianami, Grekami, pierwszymi Słowianami, społeczeństwem Średniowiecznym, polskimi powstańcami, szlachtą, chłopami, ofiarami ginącymi w obu wojnach światowych, Polakami gnębionymi przez komunizm, chrześcijanami z całego świata wobec ludzi już nie czujących, wszystkowiedzących, znudzonych, zobojętniałych. Których już nie sposób zrozumieć. Jakby z innej kultury. Wrażenie podobne do tego po filmie "Wiosna, lato, jesień, zima, wiosna"
Jeśli po tym filmie nie mamy pozostać obezwładnieni i gorsi, to musimy mocno przepracować to co nam przedstawiono.
Po nagrodzie Nobla dla Szymborskiej szydził Michalkiewicz, że to już za takie pimpoletki dają Nobla. Po oskarze dla "Milczenia owiec" zdumiewał się człowiek temu zamiłowaniu do grozy i ohydy. Teraz kolejny "obraz" fetowany jako arcydzieło. "To nie jest kraj dla starych ludzi". (Siedem wyrazów tłumaczenia czterowyrazowego tytułu). Jako człowiek, któremu zdarzyło się widzieć śmierć powinienem lżej podejść do tej opowiastki, ale nie, bezsensowna groza, ohyda duszny pesymizm tego filmu nakazuje podjąć pytanie o kierunek sztuki, sztuki filmowej w szczególności, o cel, ku któremu zmierzają ludzie współcześni, o porządek świata.
Przedłużona, okrutna scena pierwszego zabójstwa wyzwala pytania jeszcze bardziej podstawowe. Czy dobrze jest, że staliśmy się ludźmi "widzącymi". Jeszcze kilkadziesiąt lat temu obejrzenie zabójstwa dane było nielicznym: żołnierzom, jakiejś ograniczonej liczbie świadków, uczestnikom tragedii. Były to często sytuacje, w których zmarły miał historię, a jego śmierć stanowiła pustkę dla bliskich. Zresztą podobnie było z aktem płciowym, kto poza nielicznymi podglądaczami, widział cudze zbliżenia. Teraz można zobaczyć wszystko. Powątpiewam, że człowiek ma taką potrzebę. Sztuka filmowa ma zamiar coraz bardziej "pokazywać". Coraz mniej miejsca na wyobraźnię, coraz usilniejsze wrażenie wdrukowywania emocji, obrazu i pojmowania świata.
Jest zło, nie ma dobra. Taka jest treść przekazu.
Ale najsmutniejsza, najbardziej przygnębiająca, jest egzystencjalna, bełkotliwa ocena idących czasów dokonana przez zmęczonego życiem szeryfa. Reprezentując zagubionego człowieka zachodu przekonał mnie, jak niewiele współodczuwania łączy mnie z duszą przedstawiciela nowożytnej cywilizacji. Czuję się jakbym stał w jednym szeregu razem z Rzymianami, Grekami, pierwszymi Słowianami, społeczeństwem Średniowiecznym, polskimi powstańcami, szlachtą, chłopami, ofiarami ginącymi w obu wojnach światowych, Polakami gnębionymi przez komunizm, chrześcijanami z całego świata wobec ludzi już nie czujących, wszystkowiedzących, znudzonych, zobojętniałych. Których już nie sposób zrozumieć. Jakby z innej kultury. Wrażenie podobne do tego po filmie "Wiosna, lato, jesień, zima, wiosna"
Jeśli po tym filmie nie mamy pozostać obezwładnieni i gorsi, to musimy mocno przepracować to co nam przedstawiono.
wtorek, 1 kwietnia 2008
O służbie zdrowia
Wczoraj debata telewizyjna o pomysłach Platformy na służbę zdrowia.
Potwierdziły się moje dawne obserwacje, że problem jest bardzo hermetyczny i mało kto spoza branży widzi szeregi uwarunkowań. Przyszło trzech panów, którzy głosili anachroniczne poglądy o zbyt dużej liczbie szpitali w Polsce, za małych powiatach, złych menadżerach. Na moje pytanie na czym polegają nieszczelności polskiego systemu ochrony zdrowia i czy są one większe, czy mniejsze niż w innych krajach wzruszali ramionami. Jako przeciwnik Platformy życzę im, aby przejechali się na próbie reformy, jako człowiek siedzący w środku systemu, chcałbym aby go naprawiono wszystko jedno czyimi rękami. Mam jednak pewność, że wydarzenia zapowiadają ten pierwszy scenariusz.
Trzy idee Platformy to uszczelnić, zorganizować, dofinansować (kolejność nieprzypadkowa).
Co do uszczelnienia to diagnoza nieszczelności bazuje raczej na intuicjach polityków zdrowotnych a nie na wiarygodnych badaniach. Muszę z satysfakcją przyznać, że PiS zdefiniował szereg potencjalnych nieszczelności i wcale dużo kontrakcji przeprowadził jak np. spektakularne (i niekiedy denerwujące) akcje antykorupcyjne, prawo farmaceutyczne porządkujące cały szereg zjawisk w gospodarce lekowej, regulacja lobbingu. Wprowadzanie spółek prawa handlowego do sektora ochrony zdrowia dopiero zaowocuje licznymi nieszczelnościami, jak wszystko co jest stykiem prywatnego z publicznym.
W sferze organizacji jako najbardziej uciążliwe można oceniać nasilające się zjawisko konfliktu pomiędzy dobrem pacjenta a dobrem firmy, gdy lekarz, czy pielęgniarka powstrzymują się prze drogą procedurą diagnostyczną lub terapeutyczną wystawiając na hazard dobro, którego powinni strzec. Wprowadzenie spółek, a zwłaszcza prywatnych właścicieli poszukujących zysku w dywidendach na pewno nie osłabi tych konfliktów, a jeszcze je spotęguje. Tak myślę, że dobrze zorganizowany system ochrony zdrowia to taki w którym dbanie o dobro pacjenta wpływa pozytywnie na sytuację firmy. Tylko jak stworzyć taki system.
w końcu dofinansowanie. Premier Tusk zlekceważył, czy wręcz pogwałcił ustalenia białego szczytu rekomendującego wzrost stawki na ubezpieczenie zdrowotne odliczanej od podatku, tak aby osiągnąć 6 % PKB. Jego obietnica 1 % nieodliczanego wzrostu w roku 2010 to za mało, za późno, złym sposobem. Ten ostatni fakt utwierdził mnie w poglądzie, a nieprzekraczalnej skazie myślenia doktrynalnie liberalnego u Tuska. On nie zdoła naprawić ochrony zdrowia.
Potwierdziły się moje dawne obserwacje, że problem jest bardzo hermetyczny i mało kto spoza branży widzi szeregi uwarunkowań. Przyszło trzech panów, którzy głosili anachroniczne poglądy o zbyt dużej liczbie szpitali w Polsce, za małych powiatach, złych menadżerach. Na moje pytanie na czym polegają nieszczelności polskiego systemu ochrony zdrowia i czy są one większe, czy mniejsze niż w innych krajach wzruszali ramionami. Jako przeciwnik Platformy życzę im, aby przejechali się na próbie reformy, jako człowiek siedzący w środku systemu, chcałbym aby go naprawiono wszystko jedno czyimi rękami. Mam jednak pewność, że wydarzenia zapowiadają ten pierwszy scenariusz.
Trzy idee Platformy to uszczelnić, zorganizować, dofinansować (kolejność nieprzypadkowa).
Co do uszczelnienia to diagnoza nieszczelności bazuje raczej na intuicjach polityków zdrowotnych a nie na wiarygodnych badaniach. Muszę z satysfakcją przyznać, że PiS zdefiniował szereg potencjalnych nieszczelności i wcale dużo kontrakcji przeprowadził jak np. spektakularne (i niekiedy denerwujące) akcje antykorupcyjne, prawo farmaceutyczne porządkujące cały szereg zjawisk w gospodarce lekowej, regulacja lobbingu. Wprowadzanie spółek prawa handlowego do sektora ochrony zdrowia dopiero zaowocuje licznymi nieszczelnościami, jak wszystko co jest stykiem prywatnego z publicznym.
W sferze organizacji jako najbardziej uciążliwe można oceniać nasilające się zjawisko konfliktu pomiędzy dobrem pacjenta a dobrem firmy, gdy lekarz, czy pielęgniarka powstrzymują się prze drogą procedurą diagnostyczną lub terapeutyczną wystawiając na hazard dobro, którego powinni strzec. Wprowadzenie spółek, a zwłaszcza prywatnych właścicieli poszukujących zysku w dywidendach na pewno nie osłabi tych konfliktów, a jeszcze je spotęguje. Tak myślę, że dobrze zorganizowany system ochrony zdrowia to taki w którym dbanie o dobro pacjenta wpływa pozytywnie na sytuację firmy. Tylko jak stworzyć taki system.
w końcu dofinansowanie. Premier Tusk zlekceważył, czy wręcz pogwałcił ustalenia białego szczytu rekomendującego wzrost stawki na ubezpieczenie zdrowotne odliczanej od podatku, tak aby osiągnąć 6 % PKB. Jego obietnica 1 % nieodliczanego wzrostu w roku 2010 to za mało, za późno, złym sposobem. Ten ostatni fakt utwierdził mnie w poglądzie, a nieprzekraczalnej skazie myślenia doktrynalnie liberalnego u Tuska. On nie zdoła naprawić ochrony zdrowia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)